Prezentowane obrazy weszły na ekrany olsztyńskich kin w dniach 14-15 grudnia. Im więcej gwiazdek (od 1 do 6) przy tytule, tym wyższa ocena krytyków "Co Jest Grane 24".
REKLAMA
youtube.com
1 z 4
Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi ****
USA, 2017 (Star Wars: The Last Jedi). Reż. Rian Johnson. Aktorzy: Daisy Ridley, John Boyega, Mark Hamill, Adam Driver
Galaktyka potrzebuje legend i choćby iskry nadziei - a ta tli się, póki nie zabraknie bohaterów gotowych stanąć po Jasnej Stronie Mocy. Tylko czy naprawdę muszą. tyle gadać?
W poprzedniej części gwiezdnej sagi ("Przebudzenie Mocy") owa Moc przebudziła się w zbieraczce złomu Rey. Dziewczyna musi jeszcze nauczyć się nad nią panować. Między innymi w tym celu odszukała Luke'a Skywalkera. Liczy, że pod okiem mistrza Jedi przejdzie szkolenie, a zarazem niezrozumiała do końca siła ciągnie ją do jego dawnego ucznia, Kylo Rena, kreowanego na następcę Dartha Vadera. Nie mniej ważną misję ma do wykonania nawrócony szturmowiec Finn do spółki z Rose, która dotąd siedziała głównie w maszynowni. Od wysiłków obojga zależy przyszłość Rebelii, której zdziesiątkowane siły uginają się pod naporem Najwyższego Porządku.
Słowo "nadzieja" zostaje w filmie "Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi" odmienione chyba przez wszystkie przypadki. Opowieść o losie, jaki czeka mistrzów, i wyzwaniach bohaterstwa dłuży się - chwilami niemiłosiernie - i to naprawdę czuć. W dodatku jej przesłanie do znudzenia powraca w ustach postaci, których twarze wypełniają cały ekran. Zupełnie jakby twórcy chcieli być pewni, że przez wizytę w toalecie żadnemu widzowi nic nie umknie. Więc nie umknie, nawet tym mniej rozgarniętym.
Ale spokojnie, mimo tych powtórzeń ósma część nie wypada wcale źle. Trafiamy w sam środek akcji i dostajemy to, co w "Gwiezdnych wojnach" najważniejsze: przygodową intrygę o sile baśni, opowiedzianą z humorem (choć mimo gagów mroczniejszą od poprzedniej), obfitującą w brawurowo rozegrane sceny walki, pościgów itd. Pojawiają się nowe miejsca i rasy. Znakomitych pomysłów inscenizacyjnych nie brakuje, choćby wizualnie zjawiskowa potyczka w smugach czerwonego pyłu albo zaskakujące zastosowanie przejścia w nadświetlną. Otwarcie filmu jest nie mniej imponujące. Nie wiem tylko, czy to ja się zestarzałem, czy po prostu nie wszystkie sekwencje - a pojedynków na miecze świetlne i wojennych starć większego kalibru mamy tu akurat sporo - budzą takie emocje jak kiedyś.
Każdy z głównych bohaterów zmaga się ze swoimi słabościami (np. skłonność do brawury Poe Damerona), Mark Hamill może się wręcz rozliczyć z dziedzictwem całej sagi. Postaci i relacje pomiędzy nimi znajdują więc przyzwoite rozwinięcie. Nawet jeśli nie do końca przekonuje mnie przeglądanie się w sobie Kylo Rena i Rey, gdzieś na granicy taniego melodramatu i przeszarżowanego szekspiryzmu. Część fanowskich spekulacji zostaje rozwiana - przynajmniej do następnego filmu na wyjaśnienie paru kwestii musimy poczekać. A oczekiwania widzów co do pytań, z którymi zostawiło ich "Przebudzenie mocy", jak również konkretnych rozwiązań czy poprowadzenia akcji reżyser Rian Johnson przekornie wykorzystuje przeciwko nim samym (jak w ujęciu lądującego. żelazka). Scenariusz myli tropy, przywołuje też duchy przeszłości. Więcej nie zdradzę.
Kulminacji mogłoby być jednak w "Ostatnim Jedi" mniej, bo ta zabawa w gonienie króliczka z czasem zaczyna irytować.
Kusturica o miłości i wojnie, czyli magiczny realizm bez magii.
Tytuł ma też sens najzupełniej dosłowny, bowiem bohaterem filmu jest grany przez samego reżysera mleczarz Kosta, który na swoim osiołku przewozi w kanistrach ten cenny napój między liniami ognia podczas wojny na Bałkanach. Miejscowa piękność, eksgimnastyczka Milena marzy o wyjściu za niego za mąż, planując jednocześnie ożenić swojego brata, wojennego watażkę z pół-Włoszką, pół-Serbką (Bellucci) ściągniętą w tym celu z pobliskiego obozu dla uchodźców. Ale plany mają to do siebie, że się komplikują.
Bardzo lubię wczesne filmy Kusturicy, tym większe moje rozczarowanie nakręconym po dziewięcioletniej przerwie "Na mlecznej drodze". Niby wszystko jest na swoim miejscu: anarchiczny żywioł, energia podkręcana muzyką, wizualny przepych, surrealistyczne obrazy, "szalone" uczucia, "nieokiełznany" humor itd. Ale wszystko też tak przesadzone, rozbuchane, hałaśliwe, że obracające się we własną karykaturę, przechodzące w manierę. Oczywiście, domagać się wstrzemięźliwości od Kusturicy to jak oczekiwać subtelności po Vedze, ale poczucie nadmiaru jest tu aż przytłaczające, duszące.
Sama historia, gdyby obedrzeć ją z barokowej oprawy, okazuje się zawstydzająco banalna, zaś reżyser rozciąga ją do trudno wysiadywalnych 125 minut. Np. pod koniec oglądamy ucieczkę pary kochanków przed dyszącymi żądzą mordu najemnikami. Trudno wymyślić coś bardziej emocjonującego, ale Kusturica tak rozwleka każdą scenę, że widz modli się nie o ich ocalenie, ale by ta długaśna sekwencja wreszcie się skończyła.
Reżyser folguje też sobie nadmiernie przy poszczególnych pomysłach: niektóre są intrygujące przynajmniej wizualnie, ale większość jest wydumanych, pseudopoetyckich i zrealizowanych najwyraźniej tylko dlatego, że przyszły mu do głowy. Także poziom slapstikowych żartów pozostawia wiele do życzenia. Jako aktor, po raz pierwszy sam przez siebie obsadzony, Kusturica spisuje się całkiem przyzwoicie, choć trudno mi trochę uwierzyć, że może wzbudzać tak namiętne uczucia u dwóch urodziwych kobiet (ale to może tylko moja męska zazdrość). Najlepsze są zwierzęta - pod warunkiem, że akurat nie wylatują w powietrze.
Paweł Mossakowski
Awangarda 2
screen z TouTube
3 z 4
Na skrzydłach orłów **
Chiny/Hongkong/USA 2016 (On the Wings of Eagles) Reż. Stephen Shin i Michael Parker Aktorzy: Joseph Fiennes, Bruce Locke
Hagiograficzny film o szkockim sprinterze, Ericu H. Liddellu.
Liddell był bohaterem, a ściślej "współbohaterem" bardzo znanego w swoim czasie filmu "Rydwany ognia" (1981), w którym, jako człowiek głęboko religijny, odmówił na olimpiadzie w Paryżu 1924 r. występu w finale 100 metrów, gdyż odbywał się w niedzielę (wygrał za to 400 m). "Na skrzydłach orłów" jest czymś w rodzaju jego sequela. Niestety, bardzo kiepskim: naiwnym jak czytanka, słodkim jak ulepek, kiczowatym jak oleodruk.
Film koncentruje się na pobycie Liddella (Fiennes z "Zakochanego Szekspira") w Chinach, gdzie, odrzuciwszy uroki doczesnej sławy, zostaje nauczycielem w ośrodku misji chrześcijańskiej. Gdy wybucha wojna japońsko-chińska, odsyła żonę i dzieci do bezpiecznej Kanady, sam zostając ze swoimi małymi podopiecznymi. Wkrótce potem trafia do obozu internowania, gdzie daje nieustające świadectwo swojej szlachetności i ofiarności: nawet mając w perspektywie sprinterski pojedynek z japońskim oficerem, dzieli się żywnością ze współwięźniami, przez co do biegu przystępuje krańcowo osłabiony; gdy ma okazję zostać zwolniony z obozu, odstępuje swoje miejsce owdowiałej, ciężarnej kobiecie itd. Można by go nazwać "współczesnym świętym", gdyby nie to, że wyznawał prezbiterianizm, który świętych nie uznawał.
Być może wszystkie akty heroicznego poświęcenia, jakich Liddell dokonał, są zgodne z faktami, ale zostają one podane w tak tłustym ideologicznym sosie, że czynią całość niestrawną. Obowiązuje tu styl typowej agitki: japońscy żołnierze są okrutni i bestialscy, bohater niezłomny, nieskazitelny i wolny od wahań, po jego kolejnym szlachetnym uczynku rozbrzmiewa podniosła muzyka, a na niebie pojawia się orzeł - niestety, tylko w formie latawca. Papierowy orzeł na sznurku jest skądinąd trafną metaforą filmu.
Paweł Mossakowski
Awangarda 2, Multikino
Materiały prasowe
4 z 4
Louise nad morzem ****
Francja, Kanada 2016 (Louise en hiver). Reż. Jean-François Laguionie.
Stworzona techniką gwaszu urokliwa animacja. W rolę nietypowego Robinsona Crusoe wciela się emerytka z koczkiem. Jej Piętaszkiem jest bezpański pies. Łagodna, refleksyjna opowieść - raczej dla starszych widzów niż dla dzieci.
Starsza pani Louise od lat spędza sezon letni w urokliwym nadmorskim miasteczku. Kilka sklepów, kasyno, karuzela z malowanymi końmi i molo wystarczają, by zwabić na plażę tabuny turystów, głównie rodzin. Kiedy we wrześniu z Billigen odjeżdża ostatni pociąg, na promenadzie milknie gwar, a brzmiące stukotem obcasów uliczki zalewa przypływ.
Louise odkryje ten dotąd nieznany jej świat, kiedy z winy popsutego zegara nie zdąży na ostatni kurs. Na początku pewna, że ktoś po nią przyjedzie, znajdzie, przypomni sobie o jej istnieniu, stopniowo przyzwyczaja się do nowej sytuacji. Zbuduje zgrabny domek na plaży, wyznaczy uroczo i dowcipnie pokazany na ekranie rytm dnia, stworzy warzywnik w bardzo nieoczywistym miejscu. Jesieni, zimy i wiosny nad morzem nie spędzi sama - u jej boku szybko pojawia się wyjątkowo uroczo rozczochrany pies. Zamiast letników, nad morzem zbierają się rozmaite zwierzęta, które także dotrzymują bohaterce towarzystwa.
Pod względem realizacyjnym odbiega od tego, co najczęściej nasuwa się na myśl w skojarzeniu z terminem "animacja". Nikt się nigdzie nie śpieszy, ani bohaterka, ani czas. Stworzoną z ręcznie namalowanych obrazków, pastelową animację 2D opracowano następnie w technice 3D, aby dodać obrazowi głębi.
Narracja płynie jak prądy omywającego filmowe miasteczko morza, nienachalna, ale efektywna symbolika wprowadza na ekran klimat mistycyzmu. Widzowie towarzyszą Louise nie tylko na jawie, ale i we śnie. Poobiednie drzemki otwierają wrota do świata nostalgii, lęków. Laguionie nie musi mówić na głos o tym, co wrażliwy widz szybko chwyta - historyjka o staruszce pośród piasku i fal to opowieść o czasie, przemijaniu, samotności, pamięci. "Louise." w łagodne kreski ujmuje świat dojrzałych mądrych emocji.
Podobnie jak oglądany nie tak dawno w kinach "Czerwony żółw", to film starszego twórcy. Być może dlatego z ekranu emanuje spokój, charakterystyczny dla kogoś, kto miał już czas zrozumieć, czym jest życie. Nieoczywista historia o kimś, kto w najmniej spodziewanym momencie musi zacząć od nowa - i to sam.
Wszystkie komentarze