Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z Martą Guściorą z Miejskiego Ośrodka Kultury w Olsztynie.

Norbert Kaczan: Za nami I Zlot Animatorów Warmii i Mazur. Duży był odzew na Wasze zaproszenie?

– Marta Guściora: – Odzew był bardzo duży, mieliśmy wielu chętnych, zarówno z Olsztyna, jak i z regionu. Ostatecznie gościliśmy przedstawicieli z 16 miejsc w województwie plus Olsztyn.

A skąd pomysł, by taki zlot zorganizować?

– Poczułyśmy potrzebę poznania ludzi w regionie, którzy też parają się animacją. Tym bardziej że nawet w środowisku kultury animacja bywa niesłusznie postrzegana jako zajęcia warsztatowe z dziećmi, szczególnie podczas eventów. Jako szeroko rozumiana opieka nad maluchami, w kontekście mało ambitnym, czyli „sznurka i nożyczek”. Zależy nam, by zmienić to postrzeganie. Istotą animacji jest, by integrować ludzi. Chcemy skupiać wokół siebie coraz więcej takich osób, inspirować ich, dawać narzędzia, dzięki którym mogą zmieniać rzeczywistość.

Czy to niezrozumienie jest największą bolączką, z którymi animatorzy kultury obecnie się zmagają?

– Z perspektywy naszej instytucji jest to największy problem. Natomiast na pewno jeszcze inne bolączki mają ludzie, którzy przyjechali na zlot z mniejszych ośrodków. Głównym problemem jest tam brak pieniędzy na realizację działań animacyjnych. Na pierwszym miejscu w budżetach wielu placówek kulturalnych są wydarzenia koncertowe i eventowe. Niektórzy dyrektorzy wychodzą z założenia, że ludzie mają się dobrze bawić, więc festynowe imprezy mają pierwszeństwo. Do tego dochodzą wydarzenia „ku czci”, i na to w mniejszych miejscowościach idzie większość funduszy. Działania animacyjno-edukacyjne traktowane są często pobocznie.

My też się z tym borykamy, ale jednak coraz częściej słyszymy pochwały, że program MOK jest ambitny. Olsztynianie coraz szybciej się przyzwyczajają, że będziemy im robić trochę „bałaganu” w głowach, a nie tylko serwować to, co jest lekkie w odbiorze.

Czego potrzeba jeszcze, by animatorzy mogli rozwinąć skrzydła?

– Najistotniejsza rzeczą w moim przekonaniu jest nabranie wiary, że to, co robimy, ma sens. W tym zawodzie często spotykamy się z syndromem wypalenia. I to będzie połowa sukcesu. Inną kwestią jest zaangażowanie samych pracowników [domów kultury czy bibliotek], którzy przyzwyczaili się, że przez lata robili głównie festyny i tego typu imprezy.

Chcesz dostawać mailem najważniejsze informacje z Olsztyna? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

Drugą sprawą jest uświadomienie decydentom, że nasze działania nie polegają na sukcesie ilościowym. W animacji nie mówimy o evencie, ale o procesie. Tym samym udział pięciu zaangażowanych osób jest dla animatora istotniejszy niż pół tysiąca przypadkowych widzów na koncercie. Edukacyjna rola animatora da efekt za kilka lat, a może nawet w kolejnym pokoleniu.

A z których ostatnich działań animacyjnych MOK jest zadowolony. Może Autobus Kultury, który odwiedzał olsztyńskie osiedla?

– Autobus Kultury na pewno, szczególnie na tym etapie, kiedy go kupiliśmy.

Autobus KulturyAutobus Kultury Fot. Robert Robaszewski / Agencja Gazeta

Używany autosan był w bardzo złym stanie, trzeba było się nim zająć. I tu było miejsce na animacje innego rodzaju, kiedy nawiązaliśmy współpracę z MPK oraz Zespołem Szkół Samochodowych w Olsztynie. Wiele osób zaangażowało się w ten projekt, by go wyremontować. Kiedy potem [po wakacjach 2019] okazało się, że już nie ma dla niego ratunku i trzeba go zezłomować, to wiele podmiotów jeszcze próbowało przywrócić mu życie.

Drugą naszą rzeczą, taką najświeższą, to był Ogród Rodziewiczówny przy Spichlerzu MOK. Zrobiliśmy miejsce, w którego utrzymanie zaangażowali się nie tylko pracujący po sąsiedzku bibliotekarze czy prowadzący pub, ale przede wszystkim okoliczni mieszkańcy. Nagle się okazało, że wychodzili z domu, podlewali rośliny, pilnowali przed złodziejami. Poczuli się współodpowiedzialni za to, co powstało. Przychodziły też dzieci z rodzicami z innych ulic. Mieliśmy wizyty turystów, którzy mówili, że przypomina im to miejsca w Hiszpanii czy Włoszech. I będą próbować robić takie rzeczy u siebie. To już nie było tylko miejsce spotkań czy warsztatów, ale także miejsce, gdzie zacieśniały się relacje między ludźmi. I to jest piękne, to jest to, co w animacji jest najważniejsze.

Możemy powiedzieć, że olsztynianie chętnie uczestniczą w takich projektach?

– Tak, choć na początku trudno było im się do tego przekonać. Animacja jest jednak procesem i wymaga czasu. Jak już się oswoili, to sami przychodzili, nawet jak nie było nikogo z nas na miejscu. Siadali, rozmawiali, częstowali się owocami, które wyrosły w ogrodzie. Potem proponowali, jak można rozwinąć to miejsce. Nawet mieli tak rewolucyjne pomysły, jak zerwanie asfaltu na ulicy przy ogrodzie. Być może pokłosiem tego będą nowe inicjatywy do Olsztyńskiego Budżetu Obywatelskiego.

Przyczynkiem do naszej rozmowy był pierwszy zlot animatorów kultury. Jakie owoce może to spotkanie przynieść na przyszłość?

– Widać było, że ludzie bardzo tego potrzebowali. Jeszcze podczas zlotu powstała grupa, która komunikuje się między sobą w internecie i dzieli się pomysłami na projekty lub szkolenia. To przybrało niesamowity obrót, bo takie działania pozwalają np. obniżyć koszty poprzez wspólne zaproszenie znanego w kraju nagłośnieniowca. Wśród ludzi kultury i animatorów widać zatem potrzebę współpracy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.