Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z prof. Jerzym Przyborowskim, nowym rektorem Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego

Robert Robaszewski: „Otrzaskał” się pan już z nowym stanowiskiem?

Jerzy Przyborowski: Pełniłem funkcję prorektora przez osiem lat, a przez ostatnie cztery byłem I zastępcą rektora, wiec łagodnie wszedłem w nową rolę. Właściwie większym szokiem było dla mnie objęcie funkcji prorektora w 2012 r.

Zaznaczył pan już swoją obecność w nowym gabinecie?

– Postawiłem kilka dobrych aniołów z porcelany, które przez lata dostawałem w prezencie od swoich współpracowników. Stoją tam w rogu.

Wszystkie mają zamknięte oczy.

– A powinny mieć otwarte?

Nie wiem, nie znam się na aniołach.

– Ja też nie. Możemy zatem uznać, że skoro mają zamknięte, to tak musi być. Dostawałem je najczęściej wraz z życzeniami imieninowymi, bo urodzin w pracy nie obchodzę.

Ale nie jest pan kolekcjonerem aniołów?

– Nie.

A kolekcjonował pan cokolwiek?

– Samoloty, które za młodu sam sklejałem. W swoim pokoju miałem ich pełno, wiele z nich zwisało z sufitu. Na studiach jednak pasja modelarska przygasła, nie było czasu, ani warunków.

Pojawiło się w gabinecie coś jeszcze poza aniołami?

– Dostałem statuetkę z amuletem w środku, który ma pomagać w spełnianiu marzeń.

Takich jak to o fotelu rektora?

– Nie, to przyszło znienacka. Otrzymywałem sygnały od różnych osób ze środowiska uniwersyteckiego, że może powinienem wziąć to pod uwagę. Nie miałem takich aspiracji, dlatego długo to rozważałem, ale jak już się zgodziłem, to walczyłem na całego.

Jest pan absolwentem olsztyńskiej ART, która w 1999 r. stała się częścią UWM. Fajnie jest zarządzać uczelnią, w której kiedyś się studiowało?

– Zarządzam dopiero kilkanaście dni, wiec mogę powiedzieć, że fantastycznie, ale za cztery lata mogę mieć już inne zdanie.

Co cechuje dobrego rektora?

– Trudno to jednoznacznie określić.

W takim razie jakim rektorem chciałby pan być?

– O, już lepiej. Zależy mi na tym, by przyciągnąć do siebie ludzi. W swoim programie wyborczym napisałem, że chciałbym zarządzać partycypacyjnie, żeby wszyscy w mniejszym czy większym stopniu tworzyli ten uniwersytet. Sygnałem, że jest to do zrobienia, był wynik wyborów, podczas których na 105 możliwych głosów zdobyłem 90. To jest olbrzymi mandat zaufania. Ale na tym nie mogę poprzestać.

Chciałbym być także szanowanym rektorem, ale wiem, że to musi działać w dwie strony, tzn. sam muszę obdarzać szacunkiem każdego pracownika i studenta.

Coś jeszcze?

– Chcę dbać o swoich pracowników, ale jednocześnie być wymagającym. Do pewnego stopnia też pryncypialnym, trzymającym się zasad, których nigdy nie można złamać.

A jakim rektorem nie chciałby pan być?

– Despotycznym, ani uchodzącym za despotycznego. Nie chciałbym być też nieprzyjemny. Czasami zdarzają się sytuacje stresowe, kiedy nie sposób zapanować nad emocjami, ale im wyższa funkcja, tym bardziej powinno się pilnować i dawać dobry przykład.

Zdarzyło się, że emocje wzięły nad panem górę?

– Tak, ale nie podchodziłem do tego bezrefleksyjnie. Kiedy docierało do mnie, że przesadziłem, umiałem powiedzieć „przepraszam”. Dla niektórych przyznanie się do błędu to słabość, a ja uważam, że odwaga.

Przez długi czas był pan prorektorem ds. kształcenia i studentów. Ciekawi mnie jakim pan był studentem.

– Takim, który nie ganiał za ocenami. Niespecjalnie chciałem się uczyć tego, co mnie nie interesowało.

Imprezy?

– W granicach rozsądku, tyle ile przeciętny student. Poza tym od czasu do czasu „waletowałem” w akademikach, bo sam najczęściej mieszkałem na stancjach. Wynikało to z tego, że studentom pochodzenia inteligenckiego akademiki w tamtym czasie nie przysługiwały. Atmosfera w DS-ach bardzo mi odpowiadała.

Modelarstwo to już przeszłość, ale pewnie są jakieś inne pasje.

– Muzyka klasyczna, w której uwielbiam się zatapiać. Nawet kiedyś powiedziałem sobie, że jeśli istnieje świat po śmierci i jest w nim muzyka, to jestem gotów tam przejść.

Poza tym uwielbiam wędrówki, szczególnie po Bieszczadach, gdzie jest dużo przestrzeni. Tę przestrzeń kocham też w muzyce, stąd moja miłość do dzieł Rachmaninowa.

Sport?

– Nie uprawiam wyczynowo żadnego, ale tenis ziemny mogę oglądać godzinami, nawet nocne rozgrywki US Open czy Australian Open. To jest dziwne, bo nigdy w życiu nie trzymałem rakiety w rękach.

Za nami 18. edycja Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki. Podział jednak nie jest równy i tej pierwszej zawsze jest mniej niż drugiej. Nie bez znaczenia jest fakt, że wydział sztuki jest tylko jeden, czy to dlatego zawsze pan podkreśla, że nie da mu zrobić krzywdy.

– Sztuka jest nieodzowna, pomaga człowiekowi znaleźć dystans do tego co robi na co dzień, dlatego trzeba o nią dbać, choć w naszym przypadku wydział sztuki kosztuje więcej, niż możemy z tego wydziału finansowo uzyskać. Ale sztuka taka jest, trzeba do niej dopłacać i już. Ona jest z jednej strony kosztowna, a z drugiej bezcenna.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.