Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Plebiscyt Wyborczej

Tramwaje czy Centrum Ukiel? Park Centralny czy odnowione Stare Miasto? A może coś innego? Z czego jesteśmy w Olsztynie dumni najbardziej? Zagłosuj w plebiscycie Wyborczej Olsztyn na największy sukces Olsztyn minionego 30-lecia.

Rozmowa z architektem

Supermiasta
CZYTAJ WIĘCEJ

Tomasz Kurs: Olsztyn jest ładniejszym miastem niż 30 lat temu?

Piotr Mikulski-Bąk, architekt i wiceprezes SARP w Olsztynie: Na pewno, to widać gołym okiem. Oczywiście nadal są miejsca, o których jak najszybciej chce się zapomnieć, ale nie ma miasta idealnego. Negatywnym przykładem jest al. Piłsudskiego, która miała być reprezentacyjną aleją wiodącą do centrum Olsztyna, a jest zbiorem chaotycznie rozrzuconych obiektów nietworzących przestrzeni miejskiej. Jedynie po oddaniu do użytku ul. Obiegowej okrągły kształt hali Urania nabrał pierwotnego znaczenia i teraz jest ona oglądana z wielu stron, zgodnie z zamierzeniami jej autorów, którzy wiedzieli, że ul. Obiegowa jest w planach.

Na szczęście przez ostatnie 30 lat Olsztyn mocno się zmienił na lepsze. Już zagospodarowanie brzegów Jeziora Długiego uzmysłowiło wszystkim, jak bardzo jest potrzebne stworzenie nad naszymi jeziorami przestrzeni dla mieszkańców. To był jeden z impulsów do zajęcia się także brzegami jeziora Ukiel, którego zagospodarowanie stało się chyba najlepszym olsztyńskim towarem eksportowym, nagradzanym wieloma nagrodami za najlepszą realizację. Pamiętajmy też o świetnym parku Centralnym, który przywrócił olsztynianom tereny zakola Łyny i o tworzącym teraz z nim całość tartakiem Raphaelsohnów i zajezdnią trolejbusową, ocalonymi dzięki uporowi społeczników. To również świetna przestrzeń publiczna, tym razem w samym centrum Olsztyna. I o malowniczych plantach wokół Starego Miasta czy nieszczególnie zlokalizowanym ciekawym nowym budynku filharmonii.

Pierwsze lata samorządności zbiegły się z gwałtownym rozwojem gospodarki kapitalistycznej. Nie sprzyjało to spójnemu planowaniu przestrzennemu. Olsztyn mocno na tym ucierpiał?

– Za dawnego systemu budowa osiedli mieszkaniowych była aż za bardzo planowa, chociaż z czasem te osiedla obrosły zielenią i drzewami i stały się nie najgorszym miejscem do życia. W latach 90. zaczęła się wielka zapaść w budownictwie, na wszystko brakowało pieniędzy. To nie był dobry okres zarówno do życia, jak i w rozwoju miasta. Budowano niewiele i praktycznie każda nowa budowa była wydarzeniem. Jakiekolwiek planowanie kojarzyło się z minionym systemem, teraz miała nastać wolność. Niestety, jak to w takich czasach, zapanowało prawo silniejszego i praktycznie zupełnie zapomniano o przestrzeni publicznej. Powstawały pojedyncze budynki, a nie całe spójne kwartały zabudowy. Zabrakło myślenia o zieleni i terenach rekreacji, nie zostawiano miejsca na nowe przedszkola i szkoły. Powstały budynki otoczone parkingami, bez miejsc do spacerów, a nawet bez ławek, by ludzie mieli, gdzie ze sobą porozmawiać. Każdy budujący chciał się za to wyróżnić – a to fantazyjnym kształtem, a to kolorem dachu lub elewacji. Wtedy chyba nikt nie planował i nie myślał w skali całego miasta. Powstawały kolejne budynki, które nie tworzyły jednak miasta.

Chaos szczególnie był widoczny na nowych blokowiskach na południu Olsztyna. Samorząd nie chciał, czy nie mógł opanować tego procesu?

– Jak już wspomniałem, w latach 90. jakiekolwiek planowanie kojarzyło się z minionym systemem. Niestety, zamiast solidarności także w sprawach architektonicznych, zapanowało prawo silniejszego. Prawo świętej własności miało pozwalać właścicielowi każdego kawałka gruntu praktycznie na wszystko. Mało kto zawracał sobie głowę dobrem wspólnym, zrównoważonym rozwojem, ochroną zieleni, szkołami i przedszkolami. Każdy chciał mieć samochód i parking pod oknem. Reszta nie miała znaczenia. Teraz to się zmienia, przynajmniej na terenie Olsztyna. Powstały plany miejscowe, może nie wszystkie udane, ale tendencja jest dobra. Niestety, chaos przeniósł się tuż pod Olsztyn, gdyż sąsiednie gminy pozwalają deweloperom praktycznie na wszystko. Chaotyczne osiedla – jak te przy ul. Bartąskiej czy w gm. Dywity – podpięte do Olsztyna za pomocą niebezpiecznie wąskich i krętych uliczek, praktycznie bez infrastruktury publicznej, we wszystkim zależne od Olsztyna, a już szczególnie komunikacyjnie, ponieważ większość ich mieszkańców uczy się lub pracuje w Olsztynie. Do tego dochodzi brak północnej obwodnicy Olsztyna. Sąsiednie gminy muszą jednak zrozumieć, że nie mogą wymagać od Olsztyna budowy nowych dróg dla ludzi płacących podatki w sąsiednich gminach. To nieuczciwe. Konieczna jest więc współpraca. Ale coś się w tej sprawie zmienia. Sąsiednie gminy tworzą przecież własną komunikację publiczną łącząc swoje tereny z Olsztynem. To może być początek owocnej współpracy.

Mamy w Olsztynie sporo przykładów działań dobrze przemyślanych, chociażby Stare Miasto, które dość szybko się zmieniło i była w tym myśl przewodnia.

– Tak, na początku był konkurs architektoniczny na część Starego Miasta, czyli obecny Targ Rybny. Po latach różnie można oceniać jakość powstałej tutaj architektury, ale to jednak były inne czasy i na tym przykładzie widać, jak wielkiego postępu dokonaliśmy przez ostatnie 30 lat. Faktem jest, że z powodzeniem udało się odtworzyć nieistniejący od 1945 roku plac miejski, który nieźle dzisiaj funkcjonuje. A otaczające go nowe budynki za jakieś 40 lat staną się zabytkami.

Mamy też – na szczęście – przykłady pomysłów, które wiele lat leżały w szufladach, ale w końcu zostały zrealizowane, chociażby park Centralny czy zagospodarowanie jezior.

– Bo trzeba mieć pomysły na rozwój miasta na wiele lat naprzód. Nigdy nie wiadomo, który z takich pomysłów będzie mieć szansę na realizację. To zawsze jest połączenie ciężkiej pracy, umiejętności wykorzystania, a najlepiej stworzenia nadarzającej się okazji. Jednakże bez wizji, bez planów na przeszłość, czasem nawet najbardziej utopijnych, niczego się nie osiągnie.

To chyba nie przypadek, że największe sukcesy architektoniczne miasto odnosiło tam, gdzie współpraca z projektantami była najlepsza?

– No cóż, współpraca zawsze popłaca. Konkursy architektoniczne przeprowadzone przez ratusz we współpracy z SARP-em pozwoliły na wybranie najlepszych pomysłów z wielu propozycji – tak było w przypadku jeziora Ukiel, parku Centralnego czy niezrealizowanego stadionu piłkarskiego. Szczególnie przykład zagospodarowania brzegów jeziora daje do myślenia. Na początku ratusz ogłosił konkurs studialny, który miał przynieść pomysły, jak należy zabrać się za te brzegi. Drugim krokiem ratusza, niestety bardzo nieudanym, było zorganizowanie przetargu na projekt zagospodarowania brzegów jeziora, który, zgodnie z ustawą o zamówieniach publicznych, wygrała najtańsza firma za nierealistycznie niską cenę. Po kilku miesiącach pracy firma zerwała umowę, gdyż już na tym etapie poniosła koszty wyższe od całego wynagrodzenia umownego i mniej kosztowne było zerwanie kontraktu i zapłacenie kar umownych niż dokończenie projektu. W ten sposób stracono cały rok. Dopiero wtedy ratusz zdecydował się na zorganizowanie, we współpracy z olsztyńskim SARP-em, ogólnopolskiego konkursu architektonicznego, który wygrało konsorcjum olsztyńskich pracowni architektonicznych. Półtora roku później był gotowy projekt, dzięki ciężkiej pracy wielu osób urząd miasta otrzymał dofinansowanie unijne, by go zrealizować i nastąpiła trwająca prawie dwa lata budowa. Czyli od pierwszego pomysłu do końca realizacji minęło pięć-sześć lat, zaangażowanych było w jego realizację kilkadziesiąt, a w trakcie budowy nawet kilkaset osób. Zrealizowanie dużych i ambitnych zamierzeń wymaga kreatywności, zaufania, czasu, udanej współpracy wielu osób i, oczywiście, odpowiedniego finansowania.

Przez lata byliśmy świadkami poszerzania ulic w mieście, a zwężania chodników. Czy ta tendencja już definitywnie odeszła w przeszłość?

– Mam nadzieję, że tak. Ale nigdy nie możemy być tego pewni, bo przestrzeń publiczna nigdy nie jest nam dana raz na zawsze. Trzeba o nią ciągle dbać, tak jak o jakość demokracji, prawa jednostki czy wreszcie Unię Europejską. Zawsze będą zakusy różnych lobby, aby odebrać chodniki pieszym i ponownie oddać je samochodom we władanie. Dlatego tak ważna jest jakość władzy samorządowej, ale również nieustająca kontrola społeczna poczynań urzędników. Konieczny jest ciągły dialog społeczny i współpraca wybranych przez nas władz z mieszkańcami, społecznikami i organizacjami społecznymi, jak FRO czy SARP, radami osiedli itd. Tutaj jest jeszcze wiele do zrobienia, gdyż taki dialog nie zawsze jest łatwy. Ale jestem optymistą, ponieważ mamy kilka przykładów, że taki dialog opłaca się miastu. Nawet niedawna przebudowa ul. Partyzantów, która zakończyła się uwzględnieniem w projekcie wielu postulatów mieszkańców i społeczników. Efekt przebudowy jest o niebo lepszy niż pierwsze wersje projektu zakładające chociażby usunięcie praktycznie wszystkich drzew. Ostatecznie powstała wygodna ulica, chodniki i ścieżki rowerowe oraz nie tylko ocalono stare drzewa, ale nawet dosadzono nowe, co na początku wydawało się nie do pomyślenia. Tak więc można! Musimy na przyszłość wyciągać wnioski z tego przykładu, nie bać się współpracy ze społecznikami i odważniej czerpać z kreatywności mieszkańców Olsztyna.

Skoro jesteśmy przy ulicach, to trzeba przyznać, że szeroko pojęte przywracanie miasta ludziom, w tym uspokajanie ruchu, to nadal spore wyzwanie. Czy to jest realne skoro ma tylu przeciwników?

– Przywracanie przestrzeni miejskich ludziom ma sens i dlatego będzie trwać. Ostatnia przebudowa ul. Pieniężnego z dosadzeniem szpaleru drzew jest bardzo udanym przykładem takich działań. Problemem jest kiepska organizacja budowy wynikająca z nadal słabej współpracy ratusza z mieszkańcami i miejscowymi przedsiębiorcami. Podczas budowy miejscowe firmy i lokale usługowe nie mogły działać przez kilka miesięcy, a podatek od nieruchomości, wynagrodzenia pracowników i inne opłaty trzeba było zapłacić. Tak nie można, to nie fair wobec miejscowych podatników. Można było inaczej zorganizować budowę pozostawiając dostęp do działających tam lokali usługowych. Ale wymagało to lepszej komunikacji z mieszkańcami i przedsiębiorcami. W efekcie rośnie liczba przeciwników jakichkolwiek inwestycji miejskich i ogólnie przeciwników władz samorządowych. Konieczna jest również konsekwencja w działaniu. Już rok temu obiecano stworzenie strefy „30 km na godz.” na osiedlu Likusy oraz Redykajny i do tej pory nic się w tej sprawie nie dzieje. Taka zmiana nie wymaga poniesienia dużych kosztów, jedynie ustawienia kilku znaków drogowych na wjazdach na osiedle i likwidacji istniejących tam innych znaków.

Jak na rozwój przestrzenny miasta wpłynęła budowa sieci tramwajowej? Krytyków tej inwestycji nie brakuje, zwolenników również. Kto ma rację?

– Tramwaje to strzał w dziesiątkę. Na pewno przyspieszyły przejazd z Jarot do centrum. Dlatego żałuję, że tramwaj nie dociera w rejon ul. Bałtyckiej, gdzie mieszkam. Oczywiście, jak przy każdej inwestycji, kilka elementów mogłoby być lepiej wymyślonych. Moim zdaniem błędem w pierwszym etapie było pominięcie budowy torowisk tramwajowych na ul. Wilczyńskiego aż do pętli na Pieczewie. Tramwaj ominął w ten sposób ulicę stanowiącą centrum usług Jarot i Pieczewa. A mógł stać się kręgosłupem komunikacyjnym dwóch osiedli mających łącznie około 30 tys. mieszkańców. Dodatkowo tramwaje poprawiły życie kierowcom, o czym wielu z nas zapomina. Powstała przecież nowa ul. Obiegowa, może ul. Kościuszki bardziej się zakorkowała, ale za to praktycznie cała al. Sikorskiego została mocno przebudowana, a ruch samochodowy z Jarot do centrum miasta się zmniejszył.

Czy nowa ustawa lex deweloper to duże zagrożenie? Wszak odbiera samorządom część uprawnień i możliwość decydowania o tym, co w mieście się buduje.

– To wielkie zagrożenie, potencjalnie odbierające wpływ samorządu na kształtowanie miasta. Jednocześnie lex deweloper rujnuje kilkadziesiąt lat planowania przestrzennego, praktycznie wyrzuca do kosza wszystkie opracowania planistyczne oraz odbiera mieszkańcom i dotychczasowym inwestorom jakąkolwiek przewidywalność w urządzaniu otoczenia. Nikt nie może być teraz pewien, co powstanie na sąsiedniej działce – domek czy wieżowiec – i czy warto inwestować w swoją nieruchomość. Tak nie da się na dłuższą metę budować miasta, gdyż prawo przestaje bronić praw dotychczasowych właścicieli budynków. Narastać będzie chaos i niepewność jutra. Przykład w Olsztynie już mamy. To próba budowy przeskalowanego budynku przy ul. Emilii Plater, na skraju parku Centralnego, co najmniej o trzy kondygnacje za wysokiego, który praktycznie przytłoczy swoje otoczenie i w negatywny sposób zmieni charakter urokliwej uliczki.

Gdybyśmy mieli wskazać największe wyzwania stojące obecnie przed samorządem w dziedzinie planowania i rozwoju przestrzennego Olsztyna, co by to było?

– Jeszcze kilka tygodni temu powiedziałbym, że jest nim włączenie się w rozwiązanie węzła gordyjskiego, jaki powstał wokół dworca Olsztyn Główny tak, by nie stracił on na znaczeniu przez uwiąd funkcji dworca autobusowego. To, o czym pisaliśmy już dawno temu, teraz w dobie pandemii koronawirusa staje się praktycznie pewnikiem – nikt nie zainwestuje w trzecie centrum handlowe w Olsztynie, w dodatku połączone z hotelem. Obawiam się, że nadchodząca recesja zmiecie z powierzchni wiele firm i miejsc pracy, ludzie mocno ograniczą konsumpcję, a hotele długo będą stały puste i łatwiej będzie hotel kupić, niż zbudować nowy. Tym bardziej nie można dopuścić do rozbiórki dworca autobusowego, gdyż w jego miejsce długo nic nie powstanie, no może osiedle mieszkaniowe, ale na pewno nie centrum handlowe z hotelem i nowym dworcem.

Równie ważne będzie zadbanie o jakość przestrzeni publicznej, nieraz drastycznie zmienianej, ze względu na budowę nowej linii tramwajowej. Tutaj naprawdę konieczna jest współpraca przy projekcie nie tylko drogowców, ale również architektów krajobrazu i architektów potrafiących projektować przestrzeń publiczną. Widziałem koncepcję nowego przystanku krańcowego przy Wysokiej Bramie. Na pewno można zachować dużą część istniejącego zagospodarowania, ale do tego potrzebna jest chęć współpracy drogowców z autorami placu. Teraz mam wrażenie, że nikt specjalnie się nie przejmował tym miejscem i raczej nikt z projektantów tramwajów nie pofatygował się w to miejsce, a tego wymaga szacunek dla pracy poprzedników. Nie pozwalajmy na niszczenie tego, co sami niedawno zrobiliśmy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.