Koronawirus w Olsztynie. Produkcję wstrzymują duże firmy, ale największe problemy mają te najmniejsze. - Przetrwaliśmy wiele kryzysów. Tę epidemię też przetrwamy. Ale teraz potrzebujemy wsparcia - mówi mistrz fryzjerstwa z Olsztyna Andrzej Matracki.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szacunki mówiły, że po wprowadzeniu w połowie marca stanu epidemicznego nawet 90 proc. zakładów fryzjerskich w Polsce zostało zamkniętych na klucz. Teraz może ich być nawet więcej. Olsztyn na tym tle nie jest wyjątkiem.

Salon fryzjerski przy ul. Dąbrowszczaków istnieje od 1946 r. 30 lat temu przeszedł w ręce rodziny Sabiny Grzanowicz. Najpierw zarządzali nim jej rodzice, teraz ona z mężem Konradem. - Zamknęliśmy zakład w poniedziałek 16 marca - wspomina właścicielka. - W sobotę mieliśmy jeszcze otwarte, ale klientów było jak na lekarstwo. Już od kilku dni dzwonili i odwoływali wizyty, poza jedną osobą wszyscy umówieni na tę ostatnią sobotę też zrezygnowali, a potem nawet ta jedna nie przyszła.

Fryzura ważniejsza niż wirus

Właściciele tłumaczą, że ich obawa o przychody była jednak mniejsza niż ta o bezpieczeństwo swoje, pracowników i klientów. - Śledziliśmy doniesienia medialne, z których wynikało, że opieka medyczna w ogóle nie jest przygotowana na walkę z wirusem, z kolei klienci narzekali, że mają kłopoty z kupnem środków ochronnych - mówi pan Konrad. I dodaje: - Nam też było trudno je kupić, ale dbaliśmy o higienę jak tylko się dało: codziennie dezynfekowaliśmy zakład, narzędzia, ręce, a w tych ostatnich dniach używaliśmy rękawiczek nitrylowych. Potem zapadła decyzja o wprowadzeniu stanu epidemicznego, która tylko przyspieszyła tę naszą o zamknięciu.

Małżeństwo fryzjerów wspominają też dyskusje klientek, po tym jak koronawirus dotarł także do Polski. - W poczekalni panie dużo debatowały o epidemii, o tym, że boją się wychodzić z domu, żeby się nie zakazić, a potem siadały na fotelu i z fryzjerem u boku kontynuowały rozmowę o swoim strachu - mówi pani Sabina.

A jej mąż dodaje: - Któregoś razu przyszła starsza kobieta, która na dzień dobry oznajmiła, że zdaje sobie sprawę z ogromnego zagrożenia, bo jest w grupie ryzyka, ale mimo wszystko musi mieć zrobioną fryzurę, i kropka.

Klient w masce boi się mniej

Para wstępnie zaplanowała, że zamknie lokal dwa tygodnie. Tyle czasu dała sobie na sprowadzenie masek wielorazowego użytku dla pracowników i jednorazowych dla klientów, a także rękawic i środków dezynfekcyjnych. - Poza tym ustaliliśmy, że będziemy działać na zupełnie innych zasadach - podkreśla właścicielka. - Zmniejszymy dzienną liczbę usług, zwiększymy odstęp czasu między klientami i ograniczymy też liczbę pracowników podczas jednej zmiany. Zobaczymy, jak ludzie zareagują na te zmiany.

Dlaczego podjęli ryzyko, by zacząć pacę mimo tak dużego zagrożenia? Odpowiedź jest oczywista. - Zatrudniamy z mężem siedem osób, którym trzeba opłacić składki, dać wynagrodzenie, o opłaceniu rachunków i najmu lokalu nie wspomnę. Nie wiem, ile salonów stać na funkcjonowanie przez kolejne trzy miesiące w takiej sytuacji jaka jest obecnie i przy pełnym składzie pracowników, ale myślę, że niewiele. Trzeba by mieć minimum 60-100 tys. zł w zapasie. My tyle nie mamy - mówi wprost pani Sabina.

Rzućcie nam koło ratunkowe

Andrzej Matracki jest czterokrotnym mistrzem świata we fryzjerstwie, a przy okazji jednym z prezydentów największej światowej organizacji fryzjerskiej OMC Europe Western Zone. Razem z bratem Pawłem, również mistrzem fryzjerstwa, prowadzą salon w centrum Olsztyna, który - podobnie jak małżeństwo Grzanowiczów - zamknęli 16 marca. Z Matrackimi pracuje jeszcze siedem osób i kilkoro uczniów, których bracia odesłali do domu w pierwszej fazie epidemii. Teraz bracia do zakładu zaglądają sporadycznie, tylko po to, by sprawdzić, czy wszystko w porządku, żeby lokal był gotowy na czasy po epidemii koronawirusa. - Bo zawsze coś ma początek i koniec - mówi z nadzieją czterokrotny mistrz świata.

Jak wszyscy właściciele zakładów fryzjerskich tak i on czeka na konkretne rozwiązania rządowej tarczy antykryzysowej dedykowane branży fryzjersko-kosmetycznej. - Takie kraje jak Chorwacja, Dania, Norwegia czy Ukraina całkowicie zamknęły sektor beauty, a tamtejsze rządy bardzo precyzyjnie określiły swoje stanowisko. My jeszcze czekamy i nadal nie wiemy na czym stoimy - podkreśla Matracki.

I sugeruje, żeby polskie władze także zamknęły salony fryzjerskie i kosmetyczne, ale rzucając przy okazji ich właścicielom finansowe koło ratunkowe. - Zwłaszcza, że te usługi nie mogą być wykonywane zdalnie, ani na wynos jak w gastronomii. Poza tym branża fryzjersko-kosmetyczna pracuje na bardzo niewielkiej marży, i zamknięcie salonów na 2-3 tygodnie powoduje, że część z nich może nie przetrzymać kryzysu - przestrzega.

On nie ma wątpliwości, że otwarte zakłady fryzjerskie, to igranie z życiem i zdrowiem pracowników oraz klientów, bo pod pewnymi względami niewiele się one różnią od przychodni. - Jest poczekalnia, ludzie siedzą często blisko siebie - tłumaczy.

Natomiast specyfikę pracy fryzjera porównuje z pracą dentysty. - Nas też od twarzy klienta często dzieli zaledwie 20-30 cm, więc znacznie przekraczamy barierę bezpiecznej odległości, którą ustanowiono chociażby w sklepach.

Będziemy stać po 12-14 godzin

Andrzej Matracki szacuje, że Polsce jest ok. 150 tys. salonów urody, w większości pracuje co najmniej pięciu pracowników, co daje 750 tys. osób. Jeśli wszystkie zakłady byłyby otwarte, to jedna osoba potrafiłaby obsłużyć dziennie 10 klientów, czyli razem 7,5 mln ludzi. - Oczywiście klientów jest teraz znacznie mniej, ale niech te liczby uświadomią wszystkim, że jesteśmy istotnym punktem w walce z epidemią. Z tego co wiem, rządzący mają już tę wiedzę dzięki działaniom Ogólnopolskiej Komisji Fryzjersko-Kosmetycznej zrzeszonej przy Związku Rzemiosła Polskiego .

A o swoich problemach mówi: - Obcinamy koszty, gdzie się tylko da, jesteśmy na etapie odraczania kredytów długoterminowych na następne trzy miesiące. Nie chcielibyśmy wprowadzać drastycznych rozwiązań w postaci cięcia kadry, choć oczywiście liczymy się z taką ewentualnością.

Jednak optymizm go nie opuszcza. Ustalili, że po ustaniu koronawirusa będą stać przy fotelach nawet po 12-14 godzin, żeby nadrobić stracony czas. - Nasza branża przetrwała wiele kryzysów, bo ludzie zawsze chcą dobrze wyglądać. Tę epidemię też przetrwamy, ale teraz potrzebujemy wsparcia - apeluje Andrzej Matracki.

Czekając na tysiąc zakażeń

Salon fryzjerski przy ul. Dworcowej jako jeden z nielicznych nie jest zamknięty na cztery spusty. Lepiej jednak wcześniej zadzwonić i umówić się na konkretną godzinę, bo w środku  nie może być zbyt dużo osób. - To jedno z naszych zabezpieczeń, ale nie jedyne, systematycznie dezynfekujemy ręce i narzędzia, a także fotele i klamki po każdym kliencie - objaśnia Andrzej Łaguna, który wspólnie z żoną Joanną prowadzi zakład od 1993 r. - To jest kontynuacja salonu mojej teściowej, Zofii Brzozowskiej, która pracowała w zawodzie od 1956 r. - podkreśla.

Brak klientów ich nie ominął, mimo że konkurencja stopniowo się wykruszała. - Do polowy marca było jeszcze jako tako, a potem zaczęły się telefony odwołujące wizyty - przyznaje pan Andrzej.

Wspólnie z żoną liczą na wsparcie władz, również tych lokalnych. - Mamy nadzieję, że gmina obniży płatności związane z lokalami, jak podatek od nieruchomości czy za użytkowanie wieczyste.

Ale nie ukrywa, że cały czas rozważa zamknięcie salonu, zwłaszcza po wprowadzeniu obostrzeń nakazujących ludziom pozostanie w domu. Jednak ostateczną decyzję uzależnił od różnych czynników, także od liczby zakażeń koronawirusem stwierdzonych w Polsce. - Założyłem próg tysiąca zachorowań. Wtedy poważnie porozmawiam z żoną, o tym, co dalej robić - przyznaje.

W środę do godz. 12 salon państwa Łagunów odwiedziło dwóch klientów. Jeszcze tego samego dnia liczba zakażonych przekroczyła tysiąc.

„Będzie po nas”

Sprzedawczyni w jednym z saloników prasowych w Olsztynie mówi nam, że co prawda stali prenumeratorzy różnych tytułów prasowych wciąż ją odwiedzają, ale innych klientów praktycznie już nie ma. Nie ma więc także prowizji od usług. – Na przykład od sprzedaży zakładów Lotto. Jeśli rząd czegoś nie zrobi, to będzie po nas – dodaje.

– Z reguły mieliśmy dziennie jakieś 900 zł utargu. Teraz sytuacja jest tragiczna, w kasie pod koniec dnia mam 110 zł, a klienci pytają głównie o maseczki i żele dezynfekujące – mówi sprzedawczyni w jednym z olsztyńskich sklepów z towarami bezcłowymi.

Szał na środki dezynfekujące trwa nadal. – Dwa tygodnie temu sprzedaliśmy o połowę więcej mydła czy papieru toaletowego, bo gdy w dużych sklepach na półkach zrobiły się pustki, ludzie zaczęli przychodzić do takich sklepów jak nasz – dodaje sprzedawczyni w małym sklepie chemicznym. Ale ją ten szał oburza. – Dlaczego ludzie muszą wszystko wykupywać? Przecież w końcu nie wystarczy dla wszystkich. A co z tymi, którzy kończą pracę po południu? – ubolewa.

Pan Marcin pracuję w pizzerii. Mimo że może świadczyć usługi na wynos, obroty spadły o 80 proc. – Nie wiem, czy to przetrwamy. Jeśli nie dostaniemy kredytu, to się po prostu już nie pozbieramy – mówi zmartwiony.

Pakiet od miasta

W skuteczną pomoc od rządu wierzy coraz mniej przedsiębiorców. Coraz więcej słychać wśród nich o potrzebie pomocy od miasta. Mówią o niej chociażby ci znad jeziora Ukiel. – Zima to bardzo ciężki czas dla naszego biznesu i jeśli wyjdziemy na zero, to już jest bardzo dobrze. To wiosną i latem trzeba zarobić na funkcjonowanie poza sezonem – mówi jeden z nich.

A tym razem wiosna zaczęła się fatalnie. – Zamiast zacząć zarabiać, straciliśmy wszelkie wpływy. A trzeba płacić czynsz za najem, podatek gruntowy, za wywóz śmieci, choć ich nie ma – wylicza Rafał Grabowski, przedsiębiorca z restauracji Plankton nad Ukielem. – Tymczasem wkrótce powinienem dać pracownikom wypłaty. Nie chcę ich zwalniać i bardzo liczyłbym na jakąś pomoc miasta. Przecież do niego należy obiekt, który wynajmujemy.

W podobnej sytuacji znalazło się wielu przedsiębiorców wynajmujących lokale gminne. – Wiem, że w niektórych miastach prezydenci wyszli z inicjatywami pomocy biznesowi – dodaje Grabowski.

Olsztyński ratusz uspokaja, że rozwiązania, które mają ulżyć przedsiębiorcom, są już wprowadzane. W sprawie podatków przedsiębiorcy mogą na razie liczyć na odroczenie, rozłożenie opłat na raty lub umorzenia zaległości podatkowych. Będą też ulgi dla niektórych w czynszu za najem lokalu od gminy. – Każda sprawa będzie rozpatrywana indywidualnie – zapowiada prezydent Piotr Grzymowicz.

Ale i tak wielu przedsiębiorców w Olsztynie myśli o zawieszeniu działalności gospodarczej. – To, niestety, trudny czas dla wielu branż i nie wiadomo, jak długo potrwa ten stan zawieszenia. Dlatego obserwujemy wzmożone zainteresowanie zawieszeniem działalności gospodarczej – mówi Marta Bartoszewicz, rzeczniczka prasowa olsztyńskiego ratusza.

Urzędnicy odbierają w związku z tym około 20 telefonów dziennie, wcześniej było ich około pięciu.

Nieliczni narzekają mniej

Tylko niewielka część małych przedsiębiorców, których odwiedziliśmy, nie była na razie załamana swoją sytuacją. Są i tacy, którzy przyznali, że w czasie epidemii zwiększyli obroty. W sklepach zoologicznych usłyszeliśmy, że właściciele dostali drugie święta gratis. Ale właścicielka jednego z nich wcale się z tego nie cieszy. – Ludzie już zrobili duże zapasy i teraz przestaną kupować – mówi pani Marzena.

O przyszłość tak bardzo się nie martwi także pani Alina z serwisu rowerowego. – Wiele wskazuje, że nasza branża może się teraz nawet rozkręcić. I taką mam nadzieję. Ludzie boją się korzystać z komunikacji miejskiej, to może przesiądą się na rowery? Sama zrobiłam to już dawno temu – mówi.

Używki też sprzedają się normalnie, na przykład artykuły tytoniowe. – Musieliśmy co prawda odwołać przesyłki dla grup zorganizowanych i biznesowych, które u nas zamawiały towar, także na różne imprezy firmowe, odwoływane przecież teraz, a swoich zamówień nie odebrali klienci z zagranicy, głównie Polacy, którzy pracują w innych krajach, a u nas się wciąż zaopatrują, jednak ruch nie spada – podsumowuje sprzedawczyni w punkcie z papierosami.

Akcja Gazety Wyborczej i Booksy.com

SOLIDARNI 2020. PRZEŚLIJ TROCHĘ WSPARCIA

Pandemia koronawirusa zagraża przedsiębiorcom, których działalność polega na bezpośrednich kontaktach z klientami. Zamkniętych zostało ok. 90 proc. salonów fryzjerskich i kosmetycznych. Obsługująca je platforma rezerwacyjna Booksy ruszyła z inicjatywą „Prześlij trochę wsparcia”. Gazeta Wyborcza i Wysokie Obcasy przyłączają się do niej z kampanią Solidarni 2020.

Wejdź do aplikacji Booksy i wpłać 20, 50 lub 100 zł jako wsparcie dla wybranego fryzjera, kosmetyczki, barberowi czy fizjoterapeucie. W podziękowaniu za okazaną pomoc otrzymasz kod na bezpłatną prenumeratę Wyborcza.pl i Wysokieobcasy.pl. Bądźmy solidarni i razem przetrwajmy ten trudny czas.

Ocalmy 300 tys. miejsc pracy. Każdy może pomóc. Akcja Gazety Wyborczej i Booksy.
Ocalmy 300 tys. miejsc pracy. Każdy może pomóc. Akcja Gazety Wyborczej i Booksy.  Gazeta Wyborcza

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.

Czy w czasie epidemii korzystasz, albo zamierzasz skorzystać z usług fryzjera?

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Byłem u fryzjera, maseczka , rękawiczki fryzjer kat samo i jakoś idzie do przodu
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    W Starogardzie działa kilku fryzjerów i żyją
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Panie Matracki, spokojnie Pan sobie odbije. Ceny są tak u was wyśrubowane ( za usługę tak naprawdę przeciętna). Tak przy okazji, na uszko- uczennice myjąc głowę drapią okrutnie. Czy to jakaś zemsta?
    już oceniałe(a)ś
    4
    9
    A ci "olsztyńscy przedsiębiorcy" to myśleli, że zawsze będą na topie??? Żyli z dnia na dzień? Kiedy zwykły Kowalski odkładał 100 zł. ze swojej 1200 złotowej wypłaty olsztyński kwiat biznesu co robił? Ano jechał na Bali i kupował kolejny samochód. Rzygać mi się na wasze jęki... Idźcie z torbami, przyjdą inni.
    już oceniałe(a)ś
    4
    10