Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Człowiek z ogromną wiedzą, ale i poczuciem humoru - tak w skrócie można scharakteryzować Wacława Radziwinowicza, olsztynianina, który od niemal 20 lat opisuje w "Wyborczej" sprawy rosyjskie.

Olsztyn i Rosja

Radziwinowicz, po cofnięciu mu przez rosyjskie władze akredytacji, wrócił do Polski, do Olsztyna, w którym się urodził. Z nim też był związany jako dziennikarz. W 1992 roku organizował lokalny oddział "Wyborczej" i był jego pierwszym naczelnym. - Początek wspominam ze wstydem, bo przydarzyła nam się straszna porażka. Pierwsze numery były przecież takie wychuchane, wszystko się dokładnie oglądało wiele razy i cholera jasna, w tytule na pierwszej stronie na samej górze błąd - zamiast "trolejbusy" poszło "trolejebusy" - opowiadał z dystansem.

Jak wspomina samo organizowanie redakcji? - To była straszna amatorszczyzna. To w zasadzie była pierwsza gazeta naprawdę komputerowa, ale nikt nie miał wtedy pojęcia, jak się robi komputerową gazetę. Mieliśmy takiego bardzo fajnego komputerowca, który kombinował na różne sposoby i jakoś mu się to udało w końcu sklecić. Nie mieliśmy wtedy jeszcze siedziby, tłukliśmy się po różnych zakątkach. To wszystko opierało się na jakimś dziwnym dzikim entuzjazmie, bo bardzo chcieliśmy to robić. Był jednak bardzo fajny oddźwięk, ludzie na to czekali. Wielką frajdą było robić tę gazetę.

Drugim ważnym miejscem dla Wacława Radziwinowicza stała się Moskwa, a w zasadzie cała Rosja. Miłość do tego kraju ma we krwi. - Dziadkowie, rodzice mojego ojca, pochodzili z Rosji. Dziadek był z Barnauł w zachodniej Syberii, gdzie jego rodzina trafiła niekoniecznie z własnej woli, a babcia była pełnej krwi Rosjanką z Permu na Uralu. W naszych rodzinnych wspomnieniach Syberia była taką ziemią obiecaną. Polskie środowiska cieszyły się tam dużą swobodą, mogły na przykład wystawiać "Dziady cz. III", czego w Polsce nie można było robić. Wychowywałem się z dziadkami u boku, więc dużo od nich na te tematy słyszałem - opowiadał dziennikarz.

Zanim został korespondentem w Moskwie, Rosjan na swojej drodze spotykał wielokrotnie, nawet podczas staży w USA. - Jeśli chodzi o Rosjan, to w roku 1990 byłem na stażach w amerykańskich gazetach. W San Francisco znajduje się dzielnica Russian Hill, do której się kiedyś wybrałem. Tam spotkałem Rosjan, ale takich wywodzących się z kultury przedrewolucyjnej. To było niezwykłe przeżycie - przyznaje.

Nie wszystko jednak w Rosjanach Radziwinowiczowi się podoba. Na pytanie, którzy Rosjanie bardziej go fascynują, ludzie z elit czy z prowincji, odpowiada następująco: - To zależy, kogo uważamy za elitę? Najbogatsi są dla mnie odpychający i nieciekawi. Kiedyś chodziłem na pływalnię, gdzie chodziły VIP-y. Podjechałem rowerem, a koło mnie zatrzymał się bentley. Kierowca otworzył drzwi 12-latkowi. Ten rzucił mu jakieś pogardliwe słowa i poszedł. Później spotkaliśmy się w szatni, gdzie okazało się, że czegoś zapomniał. Zadzwonił więc do pokojówki, a później kierowcy, których zbeształ w niewybrednych słowach. To dla mnie symbol tego zepsucia bogaczy.

Jeśli jednak chodzi o elitę intelektualną, to słuchając ich, można się zastanawiać, dlaczego oni w tym kraju nie mają głosu?

Polska zmierza w stronę Rosji?

W grudniu 2015 roku rosyjskie władze odebrały korespondentowi "Wyborczej" akredytację. Miał 30 dni na opuszczenie kraju. Była to odpowiedź na wydalenie z Polski Leonida Swiridowa. Radziwinowicz spodziewał się takiej reakcji. - Obawiałem się jednak, że będą chcieli mnie w coś wrobić, na przykład podrzucą mi narkotyki. Wiedziałem, że potrafią różne rzeczy wymyślić. Chodziłem "z głową z tyłu" - nie ukrywa.

Po powrocie do Polski Wacław Radziwinowicz początkowo nie miał telewizora i nie oglądał telewizji, kiedy jednak ją obejrzał, mówi, że był zszokowany. Sytuacja w telewizji polskiej jest dla niego tylko potwierdzeniem, że Polska zmierza w kierunku rosyjskiego systemu władzy. - Włączam telewizor i pierwszy raz widzę pana Pospieszalskiego, nie znałem go wcześniej. Słyszę, że mówi: "Mamy zaszczyt gościć pana ministra Waszczykowskiego". Zastanawiam się, dlaczego rosyjska telewizja mówi do mnie po polsku? Przecież tak się mówi w Rosji! To on ma zaszczyt, że chcemy go oglądać i słuchać, a nie odwrotnie.

Na koniec spotkania w starym ratuszu w OLsztynie pojawił się również temat kotki Wacława Radziwinowicza. W grudniu rosyjski MSZ zarzucił mu, że chce porzucić Marusię. Nic z tych rzeczy, kotka mieszka obecnie w Olsztynie. - To jedyna kotka, do której rosyjski MSZ napisał oficjalny list - śmieje się Radziwinowicz. - Przyjechała ze mną i teraz szukam chętnych na małe kotki. Kto by chciał? Bo ona by chyba chciała. W Rosji przerwano jej romans, a kandydat już był.

Wkrótce cała relacja ze spotkania.

Tekst powstał w związku ze spotkaniem z Wacławem Radziwinowiczem, które odbyło się w dniu 31 marca, na zamówienie i z inspiracji Organizatorów Europejskiej Stolicy Kultury i Światowej Stolicy Książki UNESCO 2016

wyborcza.pl/nazywowyborcza.pl/nazywo  "Wyborcza na żywo" to spotkania z dziennikarzami lub publicystami, którzy goszczą na łamach. Rozmawiamy o sprawach lokalnych i na tematy polityczne, gospodarcze, kulturalne. Zapowiedzi spotkań publikujemy na stronach lokalnych i na wyborcza.pl/nazywo

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.