Duża niepewność towarzyszyła finałowi przygotowań do 1. Olsztyńskiego Marszu Równości. Ponieważ w ostatniej chwili organizatorki marszu musiały zmieniać jego trasę, bo pierwotną zablokowali przeciwnicy środowisk LGBT i zwolennicy „tradycyjnych wartości”, nie było wiadomo, ile osób to zniechęci, kto zrezygnuje z udziału w marszu, który będzie szedł bocznymi uliczkami, a nie głównymi przez Śródmieście, jak miało to wyglądać początkowo.

Marsz Równości Olsztyn. Ludzie w różnym wieku

Ale obawy okazały się niepotrzebne. Wystarczy powiedzieć, że w sklepach w Olsztynie, w których w ostatnich dniach można było kupić tęczowe gadżety, w sobotę na krótko przed marszem nie zostało już nic. A zjeżdżający na miejsce, gdzie marsz miał się zacząć – czyli na pętlę autobusową na Likusach – już kilkadziesiąt minut przed startem informowali się w mediach społecznościowych, że zbiera się prawdziwy tłum. Ostatecznie policja oszacowała, że uczestników było około tysiąca. Ich bezpieczeństwa pilnowało kilkuset policjantów rozstawionych na całej trasie. Byli potrzebni, bo marsze równości to zawsze imprezy wysokiego ryzyka. Nie dlatego, że uczestnicy są agresywni, lecz ściągają na siebie niechęć „patriotów”, „chrześcijan” i środowisk kibolskich. Do zabezpieczenia marszu przyjechali policjanci z innych jednostek z regionu. - Jesteśmy przygotowani na to, co może się zdarzyć, ale nie zakładamy, że dojdzie do jakichś incydentów - mówił Krzysztof Wasyńczuk, oficer prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej