– To horror! – mówi przez telefon Marcin Kubus. Tak zareagował na zdjęcia, które dostaliśmy na adres mailowy redakcji i jemu przesłaliśmy, by ocenił stan drzew. Najwidoczniej nie spodziewał się tego, co zobaczył. Nim obejrzał fotografie, przekonywał mnie, że dęby to mocne drzewa i wiele potrafią wytrzymać.

A Kubus wie, co mówi. Jest prezesem Polskiego Towarzystwa Dendrologicznego, a ponadto biegłym sądowym w zakresie dendrologii i terenów zielonych. Mówi, że byłoby najlepiej, gdyby sam aleję zobaczył, ale ma właśnie zaplanowany wyjazd i nie mogliśmy się spotkać przy drzewach. Prosi mnie jednak o relację, gdy już wrócimy i obiecał, że na tej podstawie wyda swoją opinię. – Na tę chwilę jedyne słowo, jakie przychodzi mi do głowy to „barbarzyństwo” – mówi.

Zbrodniarz

200-metrowa dębowa aleja ciągnie się między szosą a ścianą lasu. Przecina dwie działki rolne tuż obok wsi w gm. Wilczęta na północnym zachodzie woj. warmińsko-mazurskiego. Dwa rzędy wielkich dębów szypułkowych wieńczy myśliwska ambona. W każdym rzędzie po ok. 30 drzew. Obwód największego z nich dochodzi do 400 cm. Teoretycznie mógłby więc pretendować do miana pomnika przyrody. Jednak ani tego drzewa, ani całej alei w rejestrze pomników nie ma.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej