Plac przed filharmonią w Olsztynie stał się dzikim i co warto dodać, darmowym parkingiem. Nieco dalej są płatne postoje, ale z nich kierowcy korzystają dużo mniej chętnie. Oznakowanie pozwala tymczasem w  rejonie tej instytucji muzycznej parkować tylko w wyznaczonych zatokach.

Wolna amerykanka

Przez długi czas kierowcy traktowali jednak te przepisy z przymrużeniem oka, a zaprojektowany jako reprezentacyjne miejsce plac stał się polem rywalizacji: kto podjedzie bliżej pod schody przed filharmonią, wciśnie się głębiej w chodnik, skuteczniej zatarasuje przejście innym.

Sytuacja stała się nie tylko mało komfortowa, ale wręcz niebezpieczna. Doszło już do tego, że niepełnosprawni nie byli w stanie dostać się do przeznaczonej dla nich windy, a grupy młodzieży szkolnej, żeby wejść na koncert, muszą najpierw odbyć slalom między samochodami.

– Zdarzało się, że sam przenosiłem dziecięcy wózek inwalidzki nad samochodami, bo nie było innej możliwości, żeby dostać się do środka. Prowadziłem też ze strażnikiem miejskim pomiędzy samochodami grupę niepełnosprawnych dzieci z trudem trzymających się na nogach – opowiadał nam Maciej Sternicki, zastępca dyrektora Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej