Opinia: Podolsztyńskie problemy

Rozmawiamy z wójtem Stawigudy, bo podolsztyńskie gminy, nie tylko ta, ale i pozostałe, to nie są te same wioski co lata temu. Rozbudowują się i przyciągają coraz więcej dawnych mieszkańców Olsztyna. Ale mają też coraz większe problemy i popełniają błędy, które nie pozostają bez wpływu na życie mieszkańców i swoich gmin, i Olsztyna.

Stawiguda jest przypadkiem szczególnym. Na pograniczu olsztyńskich Jarot i podolsztyńskiego Bartąga, trudno właściwie rozgraniczyć, gdzie jest Olsztyn, a gdzie zaczyna się wieś. To wręcz paradoks, bo to nie miasto wchłonęło podmiejską wioskę, ale wioska przykleiła się do miasta. Ze wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami. Dla estetyki i krajobrazu. Stanu infrastruktury i komunikacji.

Wiele godzin spędziłem przed laty na rozmowach dziennikarskich z dawnym, nieżyjącym już wójtem Stawigudy, Teodozym Marcinkiewiczem. Za każdym razem bagatelizował problemy, które teraz ujawniły się z taką siłą. Bo to, że wybuchną, było wiadomo wiele lat wcześniej. Nie trzeba było być prorokiem. Można im jednak było próbować zapobiec. Ale gmina okazała się zachłanna – widząc oczami wyobraźni rosnące pod miastem bloki – i się na to nie przygotowała. Tylko planowane bloki przeliczała na podatki od przyszłych mieszkańców.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej